Pięć Smaków Barsawii

Z Powietrznej Przystani

"Ku brzegom Barsawii już ruszać nam pora..."

Skryba namalował Powietrzną Przystań. A w niej zacumowane dwa statki: Zmierzch i Świt, na chwilę przed wyruszeniem na wyprawę do jakiegoś Kaeru gdzieś w Barsawii. W kolejce czekali therańscy żołnierze (głównie ludzie i krasnoludy) pod komendą nerwowego krasnoluda Tazoka, a wśród nich trzech młodych Adeptów, którzy zostali do tej ekipy dokooptowani: orkowy powietrzny łupieżca Sucrus “Psia Morda”, fechtmistrz Seishin i elementalista Fallowin.

Gdy już wchodziliśmy na trap, dogonił nas spisujący nas skryba, który dał nam – “to dla Adeptów” – pudełeczko i klucz. Gdy już się zapoznaliśmy ze sobą (trafiliśmy do tej samej kajuty), zaczęliśmy się przyglądać kluczowi i pudełku, ale jakoś nie mogliśmy go otworzyć. Nawet Fallowin, który cichaczem próbował w nocy.

(Na tę melodię)

Żegnajcie nam dziś, therańskie dziewczyny
Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów
Ku brzegom Barsawii już ruszać nam pora
Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów

I smak waszych ust, therańskie dziewczyny
W noc ciemną i złą nam będzie się śnił
Leniwie upłyną znów rejsu godziny
Wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił…

Airship

Następnego dnia zbudził nas wrzask kapitana i mogliśmy trochę posparingować. Sushi drewnianym mieczykiem broke this huge dude’s rib without breaking a sweat1. Potem ja spróbowałem, ale już z prawdziwą bronią. Inny żołnierzyk dziabnął mnie, ale spuściłem mu manto, a potem pokazałem gawiedzi, co potrafi Ognista Krew. Kapitan się zdenerwował (już po raz drugi) i napuścił na mnie jeszcze dwóch. Gdy im też dałem wycisk, na arenę wszedł Taleańczyk – elfi fechtmistrz w kryształowej zbroi, widać, że adept wysokiego lewelu. Zapytał, czy chcę spróbować z kimś tego wartym, powiedziałem, że jasne. Na wstępie dał mi eliksir zdrowienia ze słowami, “może się przydać”. Choć wiedziałem, że mi spuści manto, postanowiłem zagrać twardziela, rzuciłem eliksir Seishinowi, żeby potrzymał, bo kto wie, komu ostatecznie się przyda.

Taleańczyk mnie dziabnął a potem sprowokował, więc zacząłem za nim ganiać z korbaczem. Jedno machnięcie, drugie, on się nawet nie odchylił – chybiłem haniebnie. Wreszcie za trzecim razem, wkurwiony na maksa, trafiłem… i to bardzo solidnie – wytrąciłem mu rękę z barku. Z szacunkiem podał mi dłoń, ale eliksiru z powrotem nie chciał. Tym lepiej dla nas2.

Nie byliśmy więc jedynymi adeptami na łodzi – oprócz nas i Taleańczyka był jeszcze ksenomanta Zaal ze sztucznym okiem i laską z opalem – szef całej ekspedycji. Był też zgarbiony nawigator Stigor, nie wiadomo, ludź czy krasnolud, ale bardzo sympatyczny. W czasie sparringów ktoś nam podpieprzył z kajuty pudełeczko, więc poszliśmy się przyznać, że w ogóle coś takiego mieliśmy. Opieprzyli nas solidnie (Tazok się wkurzył po raz trzeci, a może czwarty?), a potem zaczęli szukać złodzieja.

Znaleźli go następnego dnia, wszystko wygadał. Stigor uruchomił mózg i otworzył pudełko, w którym była bomba (kula z esensją żywiołu ognia) i zaszyfrowany3 list.

Trzeciego dnia, gdy byliśmy już prawie u celu, napadły na nas trzy pirackie drakkary. Jeden rozwalił Fallowin za pomocą kulki ogniowej, pozostałe nas zaabordażowały. Walczyliśmy mężnie i zdrowo, nawet z wielkim trollem, który posłał Seishina i mnie na podłogę (Seishin uratował mnie eliksirem zdrowienia), ale ja mu też solidnie przygrzałem. Potem piraci-samobójcy wbiegli pod pokład z zapasem takich bomb żeby wysadzić statek, a my za nimi. Próbowaliśmy ich powstrzymać, ale się nie udało – statek został wysadzony. Nam nie udało się przeskoczyć na pozostałe – ja oberwałem masztem – i spadliśmy w dżunglę.

Obudziłem się z niebieskim T’skrangiem przed oczami.


1 po angielsku brzmi lepiej

2 foreshadowing!

3 rot-13

Comments

Fryndlz mzywiol

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.