Pięć Smaków Barsawii

W gościnie u Katanich

"My heart is beating like a jungle drum..."

Skryba zakończył pisanie i poszedł do krasnoludzkiego władcy po akceptację. Gdy ją otrzymał, zaniósł do skryptorium, gdzie skrybów armia kopiowała księgę do wielu, wielu innych.

T’skrang zebrał to, co z nas zostało (ja z połamanymi żebrami, Seishin ze złamaną lewą ręką i nogą, Fallowin z rozwaloną i bolącą głową) i kazał spadać, bo gonią nas Inwałdy, cokolwiek to jest. Zaprowadził nas na swoją tratwę i odpłynęliśmy od brzegu. Inwałdy okazały się być ludzio-insektowymi mutantami. Zobaczyliśmy nasz drugi statek (Zmierzch) i jedyny ocalały drakkar, z Zaalem i Taleańczykiem na pokładzie, jak zbliżały się do dżungli, pewnie nas ratować. Na linach zwisali z nich żołnierze i marynarze.

Sucrus: To nasi! Szukają nas! Wracajmy!
W tym momencie ZIU-ZIU i inwałdy porwały zwisających z lin. Statki prędko się wycofały.
Sucrus: Dooobra, to mówisz, że gdzie płyniemy?

Katani

Popłynęliśmy w górę rzeki, minęliśmy osadę Velosów – wielkich jaszczurów – i dopłynęliśmy do osady Katanich. Mieszka tam małe czarnoskóre plemię, wielki obsydianin z pałą, Kahiwa, oraz dwóch przybłędów z Thery – pechowych (albo głupich) łowców niewolników (było ich 40-stu, próbowali złowić Velosów, zostało tylko tych dwóch patałachów), choć Kahiwa się upiera, że jeden z nich jest bardzo zabawny. T’skrang – szaman tej wioski, o imieniu Ceren – poskładał nas do kupy i wyleczył, a potem kazał się przedstawić. Opowiedzieliśmy, kim jesteśmy, skąd, gdzie i po co, a potem wezwaliśmy Duchowych Przewodników. Wrócą za trzy dni, więc postanowiliśmy te dni spędzić na szkoleniu talentów i rozpoznaniu sytuacji.

Okazało się, że w okolicy jest dawna świątynia Jaspree, w której teraz urzędują Invae, mutując ocalałych z bitwy (zarówno Theran, jak i Łupieżców – trzymają ich w klatkach; mają też Stigora i prowadzą na smyczy, buce) i ewidentnie chcących wezwać swoją królową. Poszliśmy złapać jednego, żeby zrobić mu sekcję old X-files style. Misja się udała, choć dranie są cholernie żywotni i ciężko ich dobić (zmasakrowanie głowy wcale nie pomaga). Mają też szamana, który rzuca niefajne czary (zmasakrował mi kości). Ceren dał mi dragi, które mnie uleczyły, a wschód słońca jeszcze nigdy nie był tak kolorowy i piękny…

W międzyczasie okazało się, że bóle głowy i generalnie dziwne zachowanie Fallowina (gubił się w historii swojej postaci, mylił pojęcia i za bardzo przywiązał się do laski Zaala, którą znaleźliśmy w lesie bajdełej) oznaczało, że przyssał się do niego horror. Popisaliśmy się umiejętnościami sztuki – Kahiwa wyrzeźbił przekonującego słonia, ja zaśpiewałem szantę że aż dzieci się mnie przestały bać1, a Seishin wyrzeźbił zajebistą włócznię. Tylko Fallowin namalował jakiś mackowaty koszmar. Wszyscy się przerazili, ludzie z wioski przestali się do niego odzywać, a my doszliśmy do wniosku, że Invae chyba tego czorta horrora bronią, i że pewnie można go dorwać w splugawionej świątyni.

Postanowiliśmy poprosić o pomoc naszych z ekspedycji, który rozbili się w obozie dwa dni drogi od nas, ale nikt lokalny nas nie chciał zaprowadzić, chyba, że przyniesiemy ciała z kaeru Katanich, który 15 lat temu został zaatakowany przez horrora Robaczywca. Poszliśmy więc do kaeru (małej jaskini w ziemi), przeraziliśmy się możliwościami, jak on może działać i wyglądać (cholerna wiedza Kahiwy), i wróciliśmy po Fallowina (choć nie powinien iść, bo jak tylko użyje magii, mogą być horrorzaste problemy). Ostatecznie Fallowin podpalił nam broń (dobry efekt) a potem zaczął wyć i zawodzić (niedobry efekt), więc zostawiliśmy go na zewnątrz. Zeszliśmy na dół. Robaczywiec był jednak prawie całkiem zdechły, więc Kahiwa tylko zadał mu coup de grace, ja scollectowałem loota (zbroję), zebraliśmy zwłoki i wróciliśmy do wioski. Katani nawet trochę się przekonali do Fallowina, choć opętany horrorem.

Kahiwa: To ja idę rzeźbić menhira na środku wioski.
Wszyscy: pffff.

Poza tym pogadaliśmy z theranami – bracia Kikios i Likios. Młodszy (Kikios) coś mówił, że jesteśmy ekspedycją ratunkową, która po nich przybyła. Kahiwa miał rację – naprawdę jest zabawny. Nie dali się jednak namówić na pomoc w wyprawie do kaeru (choć jesteśmy adeptami i znamy Zaala, bo kto go nie zna?), ale dali nam szkatułkę z eliksirami zdrowienia wzamian za przysięgę krwi, że ich zaprowadzimy do naszych statków. Seishin się naciął, a ja przekonałem ich, że żadnych przysiąg krwi nie będzie, że jestem łupieżcą i mam swój honor i to im powinno wystarczyć, a jak nie, to jestem łupieżcą, mogę sobie te miksturki po prostu zabrać i naskocz mi, szczylu.

Odkryliśmy też, że eksplo-żuczki, w które dzieciaki rzucają kamieniami dla frajdy i fajerwerków, da się otumanić tym samym, co paraliżuje inwałdy (dostaliśmy zapas od starszej Katani), i używać jako granatów. Nasi duchowi przewodnicy (mój dziadek i Seishina ojciec; Falafela szkolił sam Ceren) wylansowali nas na drugi lewel. Zdobyliśmy trochę wiedzy o Invae i nauczyliśmy się mowy Katanich, a wreszcie poszliśmy do miejsca, gdzie nasze statki wylądowały, po ekipę (bo Invae trzymają naszych i może będą chcieli dopomóc). Niestety, już się zebrali, a czas nagli, więc musimy wrócić do wioski sami na final showdown z inwałdami. Therańskich patałachów tam chyba zostawimy, bo z umowy się wywiązaliśmy.


1 oczywiste jest, że nie rozumieją, o czym śpiewam

Comments

Fryndlz Fryndlz

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.