Pięć Smaków Barsawii

Impreza u Jaspree

"We had a good fight in somebody's face..."

Część I: All Insects Great and Small

Było tak

W spaczonej świątyni impreza – Inwałd-Szaman podrzyna gardła kolejnym więźniom z klatek, bo pracuje nad sprowadzeniem jakiejś wielkiej bogini Invae, żeby lepiej chronić Horrora wewnątrz świątyni. Nasz cel – przeszkodzić. Myśleliśmy, żeby przepłoszyć słonie z polanki nieopodal, ale szaman podciął gardło Stigorowi, więc się wkurzyliśmy, stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, ruszamy od razu. Sytuację obserwowaliśmy z punktu 1. Widzieliśmy, że ołtarz ofiarny jest na szczycie głównego ziguratu (8), w 5 stoi duża grupa Invae i wiwatuje, a pojedynczy siedzą tu i ówdzie (np. w 2) i patrzą na ołtarz. W klatkach (#) na mniejszych ziguratach wciąż siedzą więźniowie – Theranie i Łupieżcy, choć po tylu dniach już trudno jednych od drugich odróżnić. Plan więc uformował się taki, żeby szybko pozbyć się tych w 2 i wypuścić więźniów z tamtej klatki – niech biegną po broń leżącą na stercie (4) i walczą i uwalniają pozostałych.

Ruszyliśmy więc cichcem i zaczęliśmy walczyć. W 2 był człowiek-mrówka (Seishin przeciął gościa do połowy) i cała osa (walnąłem ją w odwłok, a Kahiwa poprawił z solidnego uppercuta). Wskoczyłem na zigurat i uwolniłem więźniów, podczas gdy Invae zaczęły próbę powstrzymania nas. Więźniowie z klatki najbliżej sterty broni rozwalili klatkę i jęli wiać do lasu. Wrzasnąłem na nich, żeby chwytali za broń, a jednocześnie grupa Invae pobiegła odciąć im drogę – utworzyli front w 3. Wielkim Skokiem doskoczyłem do nich, by im pomóc. Próbował mnie powstrzymać jeden zagubiony Inwałd-modliszka, ale chybił haniebnie, a Sushi odciął mu rękę, a następnie sparaliżował trucizną (jako jedyny w całej walce).

Na froncie w 3 walczyliśmy ja, Kahiwa i Fallowin, który ładnie sadził czarami, ale powiedział o słowo za dużo i zamiast mówić gulgotał, a nas dopadły mdłości i wyrzuty sumienia…

CIĘCIE DO:

Złodziejka w przemoczonych butach wiała przez las. Była przeciążona, pod pachą niosła szkatułkę, a goniła ją grupa elfów w therańskich barwach.

Dobiegła do gospodarstwa, przeskoczyła płot i zamknęła bramy przed jej prześladowcami. Skierowała się do stajni i zaczęła rozpracowywać kłódki, gdy z domu wyszedł stary ork. Zdezorientowany – ktoś kradnie konia, podczas gdy ktoś wyważa bramę – uwierzył biednej, uciskanej damsel in distress, którą gonią przebrzydli therańscy łowcy niewolników. Zwołał swoich synków Kiemliczów, którzy trigger happy chwycili za grabie i jęli bić therańskich agresorów. Starzec tymczasem otworzył stajnię i na pożegnanie dał dziewczęciu sakiewkę “na drogę”. Następnie padł przeszyty mieczem, uśmiechem na ustach prosto w błoto. Złodziejka odjechała, dwóch theran na koniach za nią.

Obejrzawszy się ujrzała jeszcze dym, unoszący się z domu w gospodarstwie…

BACK TO SCENE:

Kahiwa przypieprzył Fallowinowi na tyle, że ten przestał gulgotać, a my doszliśmy do siebie. Utworzyło się kilka frontów między więźniami (uwolnili się ze wszystkich klatek) a Invae. Kahiwa odrzucił na sporą odległość modliszkę (która potem podniosła się i zwiała do lasu by założyć rodzinę, która się będzie mścić w sequelu) i swoim 400-kilowym cielskiem zmiażdżył muchę (MG: “Sprawdziłem w tabeli obrażeń z walących się budynków”), Seishin zmasakrował T’skranga-mrówkę, ja oderwałem odwłok osie, która przyssała się do twarzy Fallowina, a jego samego potraktowałem uzdrawiającym eliksirem. Szaman zlazł do 7 i po raz kolejny zrobił mi ziazi, do tego stopnia, że mnie z kolei eliksirem poratował Seishin. Kahiwa rzucił w szamana granatem, ten ledwie się otrzepał i dołączył do frontu w 6, i wtedy przybyła kawaleria – Ceren i katańscy łucznicy na słoniach. Wjechali w teren i zaczęli siać strzałami. Ja z Seishinem dobiegliśmy do szamana, który padł pod naszymi ciosami.

Walka była zakończona. Ale pozostało jeszcze coś…

Część II: Oh, The Horror, The Horror!

Pasozyt

Podziałaliśmy na sumienie Fallowina, który eliksirem ożywił Stigora, a potem chciał go powitać go słowami “Witaj w świecie żywych.” Niestety, choć bardzo to miało być epickie, wyszło tylko gulgotanie i znowu wszyscy zaczęli się tarzać po ziemi i wyrzutach sumienia. Tym razem głową Fallowina o podłogę uderzył Ceren, a następnie kazał nam złazić na dół do świątyni i dokończyć dzieła.

Zeszliśmy więc we czwórkę (Fallowin z nami – dał się nawet zakneblować!) Znaleźliśmy horrora w ostatniej izbie pod ziemią, choć Fallowin zwariował i widział tylko nagą kobietę bez twarzy, na pomoście. Zrzucił knebel i znów gulgotaniem posłał mnie i Seishina na ziemię. Kahiwę na szczęście nie, a ten poczęstował czerwia z pały w zęby. Pomogło – wszyscy się otrząsnęli i rzucili się na bestię. Kahiwa zemdlał, Seishin nie trafił, ja przyłożyłem mu solidnie, a Fallowin poprawił, rozszarpując go lodowymi pociskami na drobne kawałeczki. Z odgłosem starego telewizora Horror odszedł, uwalniając głos i umysł Fallowina, co zobaczyliśmy z srebrnej tarczy1.

Na powierzchni radość – katani, łupieżcy i theranie wspólnie zbierają truchła i ciała towarzyszy, jak jedna wielka rodzina – szczególnie ci ostatni się zżyli przez miesiąc w klatkach, tak, że trudno rozpoznać, kto skąd się tam znalazł.

Okazało się też, że Ceren wpadł tylko przynieść nam listy, a katanich na słoniach zabrał tylko na przebieżkę – bitwa trafiła mu się przypadkiem. Listy przybyły na gołębiach, do nas imiennie, od Kikiosa i Likiosa. Chłopaki znaleźli naszą ekipę z Thery, trafili pod skrzydła Taleańczyka (który wreszcie wiemy, jak ma na imię – Elvio Erminio Hirsch-Cavalieri di Talea), który uratował ich przed ciężką pracą pod Tazokiem i postanowił przeszkolić Kikiosa na Adepta. Zobaczymy.

Z trzeciego listu jednak dowiedzieliśmy się, że ekipa Elvio + Zaal + kilku innych, including nowy superbohater Kikios zeszli wgłąb wykopalisk, i tyle ich widzieli, za to dobiegały dziwne odgłosy. Likios, ach niechętnie, prosi nas o pomoc. Seishin pięknie przemówił do zebranych (ze mną jako suflerem), że trzeba iść i do nich dołączyć. Wszyscy (prócz katanich i Cerena) się zgodzili.

Część III: Going On Means Going Far

Ruszyliśmy następnego dnia rano (po pogrzebach i bibie z kiełbaskami palonymi nad zwłokami inwałdów) ruszyliśmy całą ekipą: my + theranie + łupieżcy, razem ponad 50 osób. Ceren nas pożegnał, pożegnał też Katanich i poszedł oczyszczać świat z kolejnych horrorów.

Wieczorem drugiego dnia podróży ujrzeliśmy w oddali drugi obóz, więc postanowiliśmy trzymać wachty – jeden z nas i pięciu chłopa ze zmianą co parę godzin. Ja, potem Kahiwa, a potem…

CIĘCIE DO:

Złodziejka klęła pod nosem na swój obolały zadek – uciekała przed Theranami już trzeci dzień i za nic nie mogła ich zgubić.

Wieczorem czwartego dnia ujrzała niedaleko obóz – jak się okazało – orkijskich nomadów z grzmotorożcami. Zaparkowała konia nieopodal i postanowiła się zakraść. Przyłapał ją ork, przywódca ekipy, i choć uwierzył, że gonią ją elfi theranie i zaraz tu będą (a ona odłączyła się od grupy, i jest biedna uciśniona itd. itp.) to i tak kazał ją związać i wrzucić do namiotu. Następnie zebrali oręż i wyruszyli na swoich bestiach, zostawiając ją pod nadzorem tępego orka i jego wiernej butelki wina. Albo czegoś, co go skutecznie uśpiło, więc wydobyła się złodziejka z więzów i próbowała do niego zagadać. Trzasnął ją z liścia w twarz, ale potem zasnął znowu, nie wiążąc jej nawet.

Wyślizgnęła się więc z namiotu i zaczęła szperać po pustym obozie w poszukiwaniu swoich rzeczy. W dużym namiocie, gdzie spały dzieci, w rogu orkowa kobieta usilnie próbowała się dostać do szkatułki. Złodziejka ululała ją jednym celnym ciosem, zabrała swoje rzeczy, przeskoczyła nad dzieckiem, które się obudziło i próbowało ją zatrzymać, i na zewnątrz napotkała znajomego, pijanego orka. Znów jednym (szczęśliwym) ciosem posłała go poza próg przytomności, wskoczyła na swojego konia i odjechała w dal, żegnana przez bezradne orkowe dzieci, które za nią pognały…

BACK TO SCENE:

…Kahiwa obudził wszystkich w obozie, bo ujrzał, jak od strony drugiego obozu pędzi ku nam piękna ludzka kobieta na wierzchowcu, z czarnym warkoczem widocznym spod kaptura.

A za nią – dwóch elfów na koniach.

A za nimi – grupa orków na grzmotorożcach.

Oczekujemy ich – z pierwszym rzędzie Kahiwa i ja z założonymi rękami i z obleśnym, orkowym uśmiechem, a za nami – pięćdziesięciu ludzi i orków, zaprawionych w ciężkim boju z ludźmi-insektami…

BRING IT ON, BABY!


1 której nie omieszkałem złupić, bo choć pod ziemią, więc nie powietrzny, ale wciąż jestem łupieżcą!

Comments

Fryndlz mzywiol

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.