Pięć Smaków Barsawii

Z Powietrznej Przystani
"Ku brzegom Barsawii już ruszać nam pora..."

Skryba namalował Powietrzną Przystań. A w niej zacumowane dwa statki: Zmierzch i Świt, na chwilę przed wyruszeniem na wyprawę do jakiegoś Kaeru gdzieś w Barsawii. W kolejce czekali therańscy żołnierze (głównie ludzie i krasnoludy) pod komendą nerwowego krasnoluda Tazoka, a wśród nich trzech młodych Adeptów, którzy zostali do tej ekipy dokooptowani: orkowy powietrzny łupieżca Sucrus “Psia Morda”, fechtmistrz Seishin i elementalista Fallowin.

Gdy już wchodziliśmy na trap, dogonił nas spisujący nas skryba, który dał nam – “to dla Adeptów” – pudełeczko i klucz. Gdy już się zapoznaliśmy ze sobą (trafiliśmy do tej samej kajuty), zaczęliśmy się przyglądać kluczowi i pudełku, ale jakoś nie mogliśmy go otworzyć. Nawet Fallowin, który cichaczem próbował w nocy.

(Na tę melodię)

Żegnajcie nam dziś, therańskie dziewczyny
Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów
Ku brzegom Barsawii już ruszać nam pora
Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów

I smak waszych ust, therańskie dziewczyny
W noc ciemną i złą nam będzie się śnił
Leniwie upłyną znów rejsu godziny
Wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił…

Airship

Następnego dnia zbudził nas wrzask kapitana i mogliśmy trochę posparingować. Sushi drewnianym mieczykiem broke this huge dude’s rib without breaking a sweat1. Potem ja spróbowałem, ale już z prawdziwą bronią. Inny żołnierzyk dziabnął mnie, ale spuściłem mu manto, a potem pokazałem gawiedzi, co potrafi Ognista Krew. Kapitan się zdenerwował (już po raz drugi) i napuścił na mnie jeszcze dwóch. Gdy im też dałem wycisk, na arenę wszedł Taleańczyk – elfi fechtmistrz w kryształowej zbroi, widać, że adept wysokiego lewelu. Zapytał, czy chcę spróbować z kimś tego wartym, powiedziałem, że jasne. Na wstępie dał mi eliksir zdrowienia ze słowami, “może się przydać”. Choć wiedziałem, że mi spuści manto, postanowiłem zagrać twardziela, rzuciłem eliksir Seishinowi, żeby potrzymał, bo kto wie, komu ostatecznie się przyda.

Taleańczyk mnie dziabnął a potem sprowokował, więc zacząłem za nim ganiać z korbaczem. Jedno machnięcie, drugie, on się nawet nie odchylił – chybiłem haniebnie. Wreszcie za trzecim razem, wkurwiony na maksa, trafiłem… i to bardzo solidnie – wytrąciłem mu rękę z barku. Z szacunkiem podał mi dłoń, ale eliksiru z powrotem nie chciał. Tym lepiej dla nas2.

Nie byliśmy więc jedynymi adeptami na łodzi – oprócz nas i Taleańczyka był jeszcze ksenomanta Zaal ze sztucznym okiem i laską z opalem – szef całej ekspedycji. Był też zgarbiony nawigator Stigor, nie wiadomo, ludź czy krasnolud, ale bardzo sympatyczny. W czasie sparringów ktoś nam podpieprzył z kajuty pudełeczko, więc poszliśmy się przyznać, że w ogóle coś takiego mieliśmy. Opieprzyli nas solidnie (Tazok się wkurzył po raz trzeci, a może czwarty?), a potem zaczęli szukać złodzieja.

Znaleźli go następnego dnia, wszystko wygadał. Stigor uruchomił mózg i otworzył pudełko, w którym była bomba (kula z esensją żywiołu ognia) i zaszyfrowany3 list.

Trzeciego dnia, gdy byliśmy już prawie u celu, napadły na nas trzy pirackie drakkary. Jeden rozwalił Fallowin za pomocą kulki ogniowej, pozostałe nas zaabordażowały. Walczyliśmy mężnie i zdrowo, nawet z wielkim trollem, który posłał Seishina i mnie na podłogę (Seishin uratował mnie eliksirem zdrowienia), ale ja mu też solidnie przygrzałem. Potem piraci-samobójcy wbiegli pod pokład z zapasem takich bomb żeby wysadzić statek, a my za nimi. Próbowaliśmy ich powstrzymać, ale się nie udało – statek został wysadzony. Nam nie udało się przeskoczyć na pozostałe – ja oberwałem masztem – i spadliśmy w dżunglę.

Obudziłem się z niebieskim T’skrangiem przed oczami.


1 po angielsku brzmi lepiej

2 foreshadowing!

3 rot-13

View
W gościnie u Katanich
"My heart is beating like a jungle drum..."

Skryba zakończył pisanie i poszedł do krasnoludzkiego władcy po akceptację. Gdy ją otrzymał, zaniósł do skryptorium, gdzie skrybów armia kopiowała księgę do wielu, wielu innych.

T’skrang zebrał to, co z nas zostało (ja z połamanymi żebrami, Seishin ze złamaną lewą ręką i nogą, Fallowin z rozwaloną i bolącą głową) i kazał spadać, bo gonią nas Inwałdy, cokolwiek to jest. Zaprowadził nas na swoją tratwę i odpłynęliśmy od brzegu. Inwałdy okazały się być ludzio-insektowymi mutantami. Zobaczyliśmy nasz drugi statek (Zmierzch) i jedyny ocalały drakkar, z Zaalem i Taleańczykiem na pokładzie, jak zbliżały się do dżungli, pewnie nas ratować. Na linach zwisali z nich żołnierze i marynarze.

Sucrus: To nasi! Szukają nas! Wracajmy!
W tym momencie ZIU-ZIU i inwałdy porwały zwisających z lin. Statki prędko się wycofały.
Sucrus: Dooobra, to mówisz, że gdzie płyniemy?

Katani

Popłynęliśmy w górę rzeki, minęliśmy osadę Velosów – wielkich jaszczurów – i dopłynęliśmy do osady Katanich. Mieszka tam małe czarnoskóre plemię, wielki obsydianin z pałą, Kahiwa, oraz dwóch przybłędów z Thery – pechowych (albo głupich) łowców niewolników (było ich 40-stu, próbowali złowić Velosów, zostało tylko tych dwóch patałachów), choć Kahiwa się upiera, że jeden z nich jest bardzo zabawny. T’skrang – szaman tej wioski, o imieniu Ceren – poskładał nas do kupy i wyleczył, a potem kazał się przedstawić. Opowiedzieliśmy, kim jesteśmy, skąd, gdzie i po co, a potem wezwaliśmy Duchowych Przewodników. Wrócą za trzy dni, więc postanowiliśmy te dni spędzić na szkoleniu talentów i rozpoznaniu sytuacji.

Okazało się, że w okolicy jest dawna świątynia Jaspree, w której teraz urzędują Invae, mutując ocalałych z bitwy (zarówno Theran, jak i Łupieżców – trzymają ich w klatkach; mają też Stigora i prowadzą na smyczy, buce) i ewidentnie chcących wezwać swoją królową. Poszliśmy złapać jednego, żeby zrobić mu sekcję old X-files style. Misja się udała, choć dranie są cholernie żywotni i ciężko ich dobić (zmasakrowanie głowy wcale nie pomaga). Mają też szamana, który rzuca niefajne czary (zmasakrował mi kości). Ceren dał mi dragi, które mnie uleczyły, a wschód słońca jeszcze nigdy nie był tak kolorowy i piękny…

W międzyczasie okazało się, że bóle głowy i generalnie dziwne zachowanie Fallowina (gubił się w historii swojej postaci, mylił pojęcia i za bardzo przywiązał się do laski Zaala, którą znaleźliśmy w lesie bajdełej) oznaczało, że przyssał się do niego horror. Popisaliśmy się umiejętnościami sztuki – Kahiwa wyrzeźbił przekonującego słonia, ja zaśpiewałem szantę że aż dzieci się mnie przestały bać1, a Seishin wyrzeźbił zajebistą włócznię. Tylko Fallowin namalował jakiś mackowaty koszmar. Wszyscy się przerazili, ludzie z wioski przestali się do niego odzywać, a my doszliśmy do wniosku, że Invae chyba tego czorta horrora bronią, i że pewnie można go dorwać w splugawionej świątyni.

Postanowiliśmy poprosić o pomoc naszych z ekspedycji, który rozbili się w obozie dwa dni drogi od nas, ale nikt lokalny nas nie chciał zaprowadzić, chyba, że przyniesiemy ciała z kaeru Katanich, który 15 lat temu został zaatakowany przez horrora Robaczywca. Poszliśmy więc do kaeru (małej jaskini w ziemi), przeraziliśmy się możliwościami, jak on może działać i wyglądać (cholerna wiedza Kahiwy), i wróciliśmy po Fallowina (choć nie powinien iść, bo jak tylko użyje magii, mogą być horrorzaste problemy). Ostatecznie Fallowin podpalił nam broń (dobry efekt) a potem zaczął wyć i zawodzić (niedobry efekt), więc zostawiliśmy go na zewnątrz. Zeszliśmy na dół. Robaczywiec był jednak prawie całkiem zdechły, więc Kahiwa tylko zadał mu coup de grace, ja scollectowałem loota (zbroję), zebraliśmy zwłoki i wróciliśmy do wioski. Katani nawet trochę się przekonali do Fallowina, choć opętany horrorem.

Kahiwa: To ja idę rzeźbić menhira na środku wioski.
Wszyscy: pffff.

Poza tym pogadaliśmy z theranami – bracia Kikios i Likios. Młodszy (Kikios) coś mówił, że jesteśmy ekspedycją ratunkową, która po nich przybyła. Kahiwa miał rację – naprawdę jest zabawny. Nie dali się jednak namówić na pomoc w wyprawie do kaeru (choć jesteśmy adeptami i znamy Zaala, bo kto go nie zna?), ale dali nam szkatułkę z eliksirami zdrowienia wzamian za przysięgę krwi, że ich zaprowadzimy do naszych statków. Seishin się naciął, a ja przekonałem ich, że żadnych przysiąg krwi nie będzie, że jestem łupieżcą i mam swój honor i to im powinno wystarczyć, a jak nie, to jestem łupieżcą, mogę sobie te miksturki po prostu zabrać i naskocz mi, szczylu.

Odkryliśmy też, że eksplo-żuczki, w które dzieciaki rzucają kamieniami dla frajdy i fajerwerków, da się otumanić tym samym, co paraliżuje inwałdy (dostaliśmy zapas od starszej Katani), i używać jako granatów. Nasi duchowi przewodnicy (mój dziadek i Seishina ojciec; Falafela szkolił sam Ceren) wylansowali nas na drugi lewel. Zdobyliśmy trochę wiedzy o Invae i nauczyliśmy się mowy Katanich, a wreszcie poszliśmy do miejsca, gdzie nasze statki wylądowały, po ekipę (bo Invae trzymają naszych i może będą chcieli dopomóc). Niestety, już się zebrali, a czas nagli, więc musimy wrócić do wioski sami na final showdown z inwałdami. Therańskich patałachów tam chyba zostawimy, bo z umowy się wywiązaliśmy.


1 oczywiste jest, że nie rozumieją, o czym śpiewam

View
Impreza u Jaspree
"We had a good fight in somebody's face..."

Część I: All Insects Great and Small

Było tak

W spaczonej świątyni impreza – Inwałd-Szaman podrzyna gardła kolejnym więźniom z klatek, bo pracuje nad sprowadzeniem jakiejś wielkiej bogini Invae, żeby lepiej chronić Horrora wewnątrz świątyni. Nasz cel – przeszkodzić. Myśleliśmy, żeby przepłoszyć słonie z polanki nieopodal, ale szaman podciął gardło Stigorowi, więc się wkurzyliśmy, stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, ruszamy od razu. Sytuację obserwowaliśmy z punktu 1. Widzieliśmy, że ołtarz ofiarny jest na szczycie głównego ziguratu (8), w 5 stoi duża grupa Invae i wiwatuje, a pojedynczy siedzą tu i ówdzie (np. w 2) i patrzą na ołtarz. W klatkach (#) na mniejszych ziguratach wciąż siedzą więźniowie – Theranie i Łupieżcy, choć po tylu dniach już trudno jednych od drugich odróżnić. Plan więc uformował się taki, żeby szybko pozbyć się tych w 2 i wypuścić więźniów z tamtej klatki – niech biegną po broń leżącą na stercie (4) i walczą i uwalniają pozostałych.

Ruszyliśmy więc cichcem i zaczęliśmy walczyć. W 2 był człowiek-mrówka (Seishin przeciął gościa do połowy) i cała osa (walnąłem ją w odwłok, a Kahiwa poprawił z solidnego uppercuta). Wskoczyłem na zigurat i uwolniłem więźniów, podczas gdy Invae zaczęły próbę powstrzymania nas. Więźniowie z klatki najbliżej sterty broni rozwalili klatkę i jęli wiać do lasu. Wrzasnąłem na nich, żeby chwytali za broń, a jednocześnie grupa Invae pobiegła odciąć im drogę – utworzyli front w 3. Wielkim Skokiem doskoczyłem do nich, by im pomóc. Próbował mnie powstrzymać jeden zagubiony Inwałd-modliszka, ale chybił haniebnie, a Sushi odciął mu rękę, a następnie sparaliżował trucizną (jako jedyny w całej walce).

Na froncie w 3 walczyliśmy ja, Kahiwa i Fallowin, który ładnie sadził czarami, ale powiedział o słowo za dużo i zamiast mówić gulgotał, a nas dopadły mdłości i wyrzuty sumienia…

CIĘCIE DO:

Złodziejka w przemoczonych butach wiała przez las. Była przeciążona, pod pachą niosła szkatułkę, a goniła ją grupa elfów w therańskich barwach.

Dobiegła do gospodarstwa, przeskoczyła płot i zamknęła bramy przed jej prześladowcami. Skierowała się do stajni i zaczęła rozpracowywać kłódki, gdy z domu wyszedł stary ork. Zdezorientowany – ktoś kradnie konia, podczas gdy ktoś wyważa bramę – uwierzył biednej, uciskanej damsel in distress, którą gonią przebrzydli therańscy łowcy niewolników. Zwołał swoich synków Kiemliczów, którzy trigger happy chwycili za grabie i jęli bić therańskich agresorów. Starzec tymczasem otworzył stajnię i na pożegnanie dał dziewczęciu sakiewkę “na drogę”. Następnie padł przeszyty mieczem, uśmiechem na ustach prosto w błoto. Złodziejka odjechała, dwóch theran na koniach za nią.

Obejrzawszy się ujrzała jeszcze dym, unoszący się z domu w gospodarstwie…

BACK TO SCENE:

Kahiwa przypieprzył Fallowinowi na tyle, że ten przestał gulgotać, a my doszliśmy do siebie. Utworzyło się kilka frontów między więźniami (uwolnili się ze wszystkich klatek) a Invae. Kahiwa odrzucił na sporą odległość modliszkę (która potem podniosła się i zwiała do lasu by założyć rodzinę, która się będzie mścić w sequelu) i swoim 400-kilowym cielskiem zmiażdżył muchę (MG: “Sprawdziłem w tabeli obrażeń z walących się budynków”), Seishin zmasakrował T’skranga-mrówkę, ja oderwałem odwłok osie, która przyssała się do twarzy Fallowina, a jego samego potraktowałem uzdrawiającym eliksirem. Szaman zlazł do 7 i po raz kolejny zrobił mi ziazi, do tego stopnia, że mnie z kolei eliksirem poratował Seishin. Kahiwa rzucił w szamana granatem, ten ledwie się otrzepał i dołączył do frontu w 6, i wtedy przybyła kawaleria – Ceren i katańscy łucznicy na słoniach. Wjechali w teren i zaczęli siać strzałami. Ja z Seishinem dobiegliśmy do szamana, który padł pod naszymi ciosami.

Walka była zakończona. Ale pozostało jeszcze coś…

Część II: Oh, The Horror, The Horror!

Pasozyt

Podziałaliśmy na sumienie Fallowina, który eliksirem ożywił Stigora, a potem chciał go powitać go słowami “Witaj w świecie żywych.” Niestety, choć bardzo to miało być epickie, wyszło tylko gulgotanie i znowu wszyscy zaczęli się tarzać po ziemi i wyrzutach sumienia. Tym razem głową Fallowina o podłogę uderzył Ceren, a następnie kazał nam złazić na dół do świątyni i dokończyć dzieła.

Zeszliśmy więc we czwórkę (Fallowin z nami – dał się nawet zakneblować!) Znaleźliśmy horrora w ostatniej izbie pod ziemią, choć Fallowin zwariował i widział tylko nagą kobietę bez twarzy, na pomoście. Zrzucił knebel i znów gulgotaniem posłał mnie i Seishina na ziemię. Kahiwę na szczęście nie, a ten poczęstował czerwia z pały w zęby. Pomogło – wszyscy się otrząsnęli i rzucili się na bestię. Kahiwa zemdlał, Seishin nie trafił, ja przyłożyłem mu solidnie, a Fallowin poprawił, rozszarpując go lodowymi pociskami na drobne kawałeczki. Z odgłosem starego telewizora Horror odszedł, uwalniając głos i umysł Fallowina, co zobaczyliśmy z srebrnej tarczy1.

Na powierzchni radość – katani, łupieżcy i theranie wspólnie zbierają truchła i ciała towarzyszy, jak jedna wielka rodzina – szczególnie ci ostatni się zżyli przez miesiąc w klatkach, tak, że trudno rozpoznać, kto skąd się tam znalazł.

Okazało się też, że Ceren wpadł tylko przynieść nam listy, a katanich na słoniach zabrał tylko na przebieżkę – bitwa trafiła mu się przypadkiem. Listy przybyły na gołębiach, do nas imiennie, od Kikiosa i Likiosa. Chłopaki znaleźli naszą ekipę z Thery, trafili pod skrzydła Taleańczyka (który wreszcie wiemy, jak ma na imię – Elvio Erminio Hirsch-Cavalieri di Talea), który uratował ich przed ciężką pracą pod Tazokiem i postanowił przeszkolić Kikiosa na Adepta. Zobaczymy.

Z trzeciego listu jednak dowiedzieliśmy się, że ekipa Elvio + Zaal + kilku innych, including nowy superbohater Kikios zeszli wgłąb wykopalisk, i tyle ich widzieli, za to dobiegały dziwne odgłosy. Likios, ach niechętnie, prosi nas o pomoc. Seishin pięknie przemówił do zebranych (ze mną jako suflerem), że trzeba iść i do nich dołączyć. Wszyscy (prócz katanich i Cerena) się zgodzili.

Część III: Going On Means Going Far

Ruszyliśmy następnego dnia rano (po pogrzebach i bibie z kiełbaskami palonymi nad zwłokami inwałdów) ruszyliśmy całą ekipą: my + theranie + łupieżcy, razem ponad 50 osób. Ceren nas pożegnał, pożegnał też Katanich i poszedł oczyszczać świat z kolejnych horrorów.

Wieczorem drugiego dnia podróży ujrzeliśmy w oddali drugi obóz, więc postanowiliśmy trzymać wachty – jeden z nas i pięciu chłopa ze zmianą co parę godzin. Ja, potem Kahiwa, a potem…

CIĘCIE DO:

Złodziejka klęła pod nosem na swój obolały zadek – uciekała przed Theranami już trzeci dzień i za nic nie mogła ich zgubić.

Wieczorem czwartego dnia ujrzała niedaleko obóz – jak się okazało – orkijskich nomadów z grzmotorożcami. Zaparkowała konia nieopodal i postanowiła się zakraść. Przyłapał ją ork, przywódca ekipy, i choć uwierzył, że gonią ją elfi theranie i zaraz tu będą (a ona odłączyła się od grupy, i jest biedna uciśniona itd. itp.) to i tak kazał ją związać i wrzucić do namiotu. Następnie zebrali oręż i wyruszyli na swoich bestiach, zostawiając ją pod nadzorem tępego orka i jego wiernej butelki wina. Albo czegoś, co go skutecznie uśpiło, więc wydobyła się złodziejka z więzów i próbowała do niego zagadać. Trzasnął ją z liścia w twarz, ale potem zasnął znowu, nie wiążąc jej nawet.

Wyślizgnęła się więc z namiotu i zaczęła szperać po pustym obozie w poszukiwaniu swoich rzeczy. W dużym namiocie, gdzie spały dzieci, w rogu orkowa kobieta usilnie próbowała się dostać do szkatułki. Złodziejka ululała ją jednym celnym ciosem, zabrała swoje rzeczy, przeskoczyła nad dzieckiem, które się obudziło i próbowało ją zatrzymać, i na zewnątrz napotkała znajomego, pijanego orka. Znów jednym (szczęśliwym) ciosem posłała go poza próg przytomności, wskoczyła na swojego konia i odjechała w dal, żegnana przez bezradne orkowe dzieci, które za nią pognały…

BACK TO SCENE:

…Kahiwa obudził wszystkich w obozie, bo ujrzał, jak od strony drugiego obozu pędzi ku nam piękna ludzka kobieta na wierzchowcu, z czarnym warkoczem widocznym spod kaptura.

A za nią – dwóch elfów na koniach.

A za nimi – grupa orków na grzmotorożcach.

Oczekujemy ich – z pierwszym rzędzie Kahiwa i ja z założonymi rękami i z obleśnym, orkowym uśmiechem, a za nami – pięćdziesięciu ludzi i orków, zaprawionych w ciężkim boju z ludźmi-insektami…

BRING IT ON, BABY!


1 której nie omieszkałem złupić, bo choć pod ziemią, więc nie powietrzny, ale wciąż jestem łupieżcą!

View
Złapał Kozak Tatarzyna...
"The animals went in two by two, hurrah, hurrah..."

No więc zacznijmy od tego, że w tak zwanym międzyczasie cała ekipa, która z nami szła, patrzyła na Seishina jako na przywódcę, mimo, że clearly to JA przewodziłem i to JA mu suflerowałem podczas jego big speecha po rozpierdusze przy świątyni. YOU’RE TEARING ME APART, Seishin!

A po drugie, mały dramatis personae odnośnie ludków, których uratowaliśmy: było ich około 50, pół na pół Theranie ze statków i orki-łupieżcy. Wśród łupieżców ok. 10 stanowiło zamkniętą grupę zebraną wokół Miedzianookiegoclearly ich bossa. Ta dyszka była niechętna wszystkim pozostałym, nam też, i trzymała się na uboczu, ale szefu swoimi miedzianymi oczami patrzył mi się na roga1. Postanowiłem go więc (roga, nie bossa) wyeksponować, żeby go (bossa, nie roga) skusić do nawiązania jakiegoś kontaktu (ze mną, nie z rogiem).

Dobra, do rzeczy, bo odcinek był rzadkiej urody, więc jak mawiają na północy – komu w drogę temu kopa i solidne buty.

Czarnowłosa laska, jak zwykle, zaczęła krzyczeć “och, mości bohaterzy, pomocy pomocy, gonią mnie przebrzydli, chcą mnie z cnoty okraść” i takie tam pierdoły. Wpuściliśmy ją i przebrzydłych dwóch trzech Theran do kręgu i zamknęliśmy go przed nadjeżdżającymi za nimi orkami na grzmotorożcach. Ci zatrzymali się parę metrów od nas i zażądali rozmowy. Wyszedłem do nich. Ich główny nazywał się Kagatai Khan i mówił o sobie w trzeciej osobie. Zażądał wydania dziewczyny, która zabiła kogoś w ich obozie. Nie bardzo wiedziałem co się dzieje i trudno mi było podjąć decyzję tak od razu. Ich było sześciu, nas pięśdziesięciu, stwierdziłem, że nie bardzo jest w pozycji do negocjacji. Postanowiłem więc zgrywać twardziela, uśmiechnąłem się srogo, odwróciłem na pięcie i ruszyłem do obozu.

Kagatai Khan mnie dogonił, podał mi grabę, powiedział “rispekt, bro” i powiedział, że krew za krew, ale to nie musi być laska, możemy im oddać tych theran.

“Jasne dobry pomysł Kagatai Khanie już Ci ich przyprowadzę z najlepszymi życzeniami dobrej nocy i szczęśliwego życia!” powiedziałem POWINIENEM BYŁ powiedzieć. Zamiast tego znowu się bez słowa uśmiechnąłem – szerzej i z aprobatą miało być, ale durny MG ork się nie poznał na uśmiechu i się wkurwił. Kazał swojej ekipie szyć do nas z łuków. Jednym słowem – przekozaczyłem.

TYMCZASEM w kręgu w obozie nie do końca wiem co się działo2, ale ogólnie to Horilka manipulowała kim się dało (z Fallowinem na czele), pościemniała, że szkatułkę, którą theranie chcą, by oddała, to oni ukradli jej rodzinie i takie tam mało przekonywujące (rzut na ściemnianie) BIEDNA DZIEWCZYNO, JAK ONI MOGLI TAK WAS SKRZYWDZIĆ I TWÓJ BRAT TAKI OKROPNY OCH OCH OBRONIMY CIĘ PRZED CAŁYM ZŁEM TEGO ŚWIATA! Anyway, ktoś tam z kimś się bił, theranie, choć mieli glejt od Kyprosa, nie przekonali naszej ekipy i dostali wpierdziel.

WRACAJĄC, na zewnątrz rozpoczęła się walka. Ja wskoczyłem na grzmotorożca Kagataia i jąłem się z nim lać (jego dwóch przydupasów, którzy podjechali mu pomóc, chybiali wciąż haniebnie), a Seishin, który od kogoś srogo oberwał, jeszcze srożej się zemścił, aż mu miecz się rozpalił do białości czy jaka cholera… Wreszcie przyszedł Deus eX Kamulec w postaci Kahiwy, któremu w krzemowym mózgu coś zaiskrzyło i okazało się, że zna Kagataia. “STOP STOP THE MADNESS!!!” wyszeptał, rozmówił się z orkowym nomadem i odszedł z nimi ku wschodzącemu słońcu3. Sytuacja została zażegnana.

Druga sytuacja natomiast jeszcze nie: theranie – zarówno przyjezdni jak i lokalni – byli rozdarci lojalnościowo i jedni chcieli Horilkę dorwać, a drudzy obronić. Przyszedłem, wydarłem się, puściłem theran wolno. “Kypros się o wszystkim dowie!” krzyknął na odchodnym główny Theranin. “Kypros może pocałować mnie w moją owłosioną, orkową dupę!” krzyknąłem za nim na pożegnanie, po orkowemu, ku uciesze i radości zebranych łupieżców.4

Gdy już wszystko w miarę się uspokoiło, zażądaliśmy od Horilki paru wyjaśnień. Wcisnęła jakieś kity w które nikt nie uwierzył. Otworzyliśmy wspólnie szkatułkę i znaleźliśmy w niej list o takiej treści:

Kyprosie,
Zaal wyruszył ze swoją ekipą. Nadchodzi chaos. Bądź gotowy. Czekaj na właściwy moment.
         —Kanidris

Pisane odręcznie przez Kanidrisa, głównego naczelnego gubernatora Thery. Hewy staf.

Anyway, (how’s your sex life?) ruszyliśmy dalej w stronę obozu. Dotarliśmy następnego dnia. Przywitał nas Tazok słowami “O, widzę że znaleźliście sobie własnych niewolników!”. Tak właśnie powiedział. Do orka. Powiedział, że on, ten ork w sensie, znalazł sobie niewolników, także orków.

Ach, miło wiedzieć, że nie jestem największym kretynem w tej kampanii…


1 no funny business!

2 ktoś bliżej epicentrum wydarzeń mógłby uzupełnić/sprostować ten fragment

3 metaforycznie, bo a) szli na zachód i b) był środek nocy

4 a raczej – powinienem był tak zrobić. Później mi to przyszło do głowy. Mogę, Błażeju, retroaktywnie? Mogę? Mogę??? Jak już kozaczyć, to na maksa.

View
Wolność dla Orków, Władza dla Tazoka!
"No-one is anyone's property/No-one should be a slave"

Skryba wrócił! Stoi na murach Wielkiego Targu obok obsydianina z wielką pałą i patrzy, jak w różne strony z miasta wyruszają gońcy z kopiami księgi, którą w poprzednim odcinku kopiowali kopiści. Gońcy docierają z księgami w różne miejsca, do różnych miasteczek i wiosek. Księgi trafiają do naukowców, magów, generałów czy bardów, a oni przekazują wiedzę dalej – bardowie śpiewają pieśni, magowie dyskutują z naukowcami na sympozjach, generałowie wrzeszczą na swoich podwładnych, na różne sposoby wiedza dociera coraz dalej i dalej…

A więc Tazok wybiegł do nas z radosnym uśmiechem i otwartymi ramionami, co by było nawet słodkie, gdyby nie ten jego tekst o niewolnikach. Zagotowało się we mnie, ale postanowiłem mu to puścić płazem, bo ewidentnie jest idiotą. Powiedziałem mu tylko w dwóch słowach, żeby się popukał w swoją krasnoludzką czaszkę.

Theranie przywitali się z theranami, ale orkowi łupieżcy trzymali się na dystans. Wtedy na scenę wkroczył (wfrunął) jakiś blady wietrzniak, dozorca niewolników (w obozie pracowali, smagani biczami, orkowi niewolnicy z drugiego pirackiego drakkara, wśród nich siwowłosy ojciec Miedzianookiego) o umieniu Iquo. Dosiadł swojego tresowanego trolla, Karalucha, i ze swoją jebaną therańską wyższością zapytał, czemu orkowie, którzy przyszli z nami, nie są skuci. Powiedziałem mu, że są panami własnego losu. Nakazał więc żołnierzom skuć orków, więc ja poszedłem i stanąłem między dwoma grupami (theranie – jako że część z nich dzieliła z orkami klatkę, a potem walczyła ramię w ramię z Invae – sami byli temu rozkazowi niechętni) i z założonymi rękami blokowałem drogę theranom do łupieżców. Theranie stali niezdecydowani, aż wreszcie Iquo, mamrotając coś o zdradzie i innych pierdołach, poszedł się schować do namiotu. Pewnie słońce zaczęło mu palić jego bladą od siedzenia z dala od prawdziwego życia skórę. Theranie odeszli i weszli do obozu, zastawiając strażami wejście doń.

Sprawę orków trzeba było jednak rozwiązać, więc zacząłem dyskutować1 z Miedzianookim. Przywitał mnie grzecznie mówiąc, że śmierdzę Therą. Słodziak. Ma na imię Goram i wydaje się bardzo zainteresowany moim rogiem2. Powiedziałem mu prawdę o tym, skąd go mam, i poleciłem, żeby się oddalili. On powiedział, że wśród niewolników jest jego ojciec i bez niego nie odejdzie. Tazok się wtrącił, że jemu samemu się ten cały Ikło nie podoba i gdybyśmy się chcieli go pozbyć, Theranie nie będą nam przeszkadzać, a nawet pomogą. Gdzieś w tłumaczeniu zagubiło się, żeby to wszystko zrobić od razu, ale ponieważ my jesteśmy aż nadto ostrożni3, woleliśmy najpierw wybadać teren, a potem zaatakować.

Goram z łupieżcami odszedł więc kilka godzin drogi na południe, a my weszliśmy obadać obóz. W międzyczasie do szkatułki Horilki przyszedł e-mail następującej (w przybliżeniu) treści:

Kyprosie,
Nic nie odpisujesz na mejle, nie wiemy, co to znaczy. Weź się w garść i zrób coś, bo Zaal jest uroczo obłąkany i może przynieść wyczekiwaną dywersję.
             — P.N. Syglinda

Pisane odręcznie. Syglinda jest sekretarką Kanidrisa4. Na razie nie odpisaliśmy, bo nie znamy charakteru pisma Kanidrisa i nie chcemy wzbudzić podejrzeń. Druga rzecz to Stigor, który zagrzebał się w notatkach Zaala i na razie wyczytał z nich tyle, że to, co zostało odkopane, to chyba nie kaer, tylko jakiś może grobowiec? Na płaskorzeźbach przy wejściu powtarza się motyw kruka.

Na razie tyle w tym temacie. Wracając do spraw naglejszych, plan był taki: gdy zapadnie zmrok i niewolnicy zostaną sprowadzeni do baraku, Horilka najpierw otworzy szopę z ich kilofami, żeby mieli broń, a potem zakradnie się do nich i zagada do siwego orka (nazywa się Vigfus i nawet skuty nie przestaje zarywać do czarnowłosej piękności), a potem – z wszelkimi informacjami o strażach, zmianach warty itp. pojedzie do Gorama. Wróci z nim nad ranem, wkradnie się do obozu i rozkuje niewolników, a potem na sygnał walenia w tarczę obie grupy łupieżców – z zewnątrz i z wewnątrz zaatakują na raz.

Udało się… prawie. Zaszło pewne nieporozumienie, bo Tazok nie wiedział, że zostaną uwolnieni niewolnicy, a biegnący do obozu łupieżcy wyglądali, jakby chcieli zaszlachtować wszystkich jak leci. Umiejętnie wywrzeszczane “WSZYSCY JESTEŚMY PO TEJ SAMEJ STRONIE! (wy debile)” uspokoiło sytuację i poszkodowani zostali jedynie poganiacze niewolników (przez samych tych niewolników), Ikło (dziabnięty z zaskoczenia przez Horilkę) i jego troll Karaluch (wspólny wysiłek mój, Seishina i Gorama; Fallowin poprawił z magii).

Hm. Slightly anticlimactic, bym powiedział, jak na taką ilość przygotowań i planowania. Myślałby kto, że skoro tak się napociliśmy, jakaś Siła Wyższa rzuci nam pod nogi jeszcze jakichś wiernych ochroniarzy czy bezmózgich poganiaczy niewolników do zaszlachtowania, mam rację?

Anyway, w tym momencie Tazok przejął dowodzenie nad obozem, niewolnicy zostali uwolnieni (including bardzo rozczulająca scena, gdy Goram oddał swemu ojcu zbroję i oręż, ukłonił mu się z szacunkiem, a potem przytulił krzycząc “tatuuuusiuuu!”) i chyba sobie to dziś jakoś uczcimy, nie? Z pogaduchami przy ognisku o orkach i ich rogach2, nie?


1 co ci, kurwa, nie pasuje w tym zdaniu?

2 no funny business!

3 nie wiedzieliśmy, na ilu Theran możemy liczyć, że nam nie wejdą w paradę, ani ilu przydupasów pozostanie wiernych Iquowi

4 Mistrz Gry się uśmiechnął, więc pewnie naprawdę jest jakąś superwysoko postawioną królową czy coś.

View
Nice Job Breaking It, Hero
"Hey hey, I saved the world today..."

Rok 1517.
Jesteśmy piątką szeregowych, świeżo zwerbowanych kadetów w armii Barsawii, która toczy boje na dwóch frontach: od zachodu z Theranami i od północy z armią kamiennych wojowników Żelaznego Lisza. I w obydwu kampaniach dostaje srogie baty.
Jesteśmy w naszej pierwszej bitwie – nad brzegiem Morza Śmierci czekamy na nadchodzącą armię kamiennych, która – prowadzona przez samego Żelaznego, wyglądającego jak trzymetrowa żelazna zbroja nałożona na czarne kłęby dymu, dzierżąca w cienistej dłoni włócznię o dwóch ostrzach – nadchodzi od wschodu. Wraz z naszą armią są Adepci, którzy dekadę temu ostrzegli świat przed nadejściem Liszego – na wzgórzu (Sodden?) elementalista Fallowin ze swoją kochanką Horilką1 i zastępem akolitów, nieco dalej obsydianin Kahiwa ze swoją wierną pałą i braćmi z żywokamienia, wreszcie – waleczni Seishin i Sucrus Psia Morda na pokładzie powietrznych statków nad nami.
Armia nadchodzi. My w pierwszym rzędzie, przyjmujemy ataki Kamiennych, staramy się zadać im jakiekolwiek obrażenia, ale nie idzie nam – nędznym pionkom – zbyt dobrze. Giniemy jeden po drugim, deptani, miażdżeni, nabijani na miecze, a w ostatnich chwilach dostrzegamy, jak giną także Adepci – Fallowin rozwzorcowany magią Liszego, Horilka przebita mieczem potwornie zdeformowanego Taleańczyka Elvio, Kahiwa zatopiony falą kamiennych wojowników, Sucrus rozszarpany w powietrzu przez kamienne gargulce, Seishin posłany wraz ze swoim statkiem w ziemię przez wielkiego, czarnego smoka…
Ostatkiem świadomości ostatni z nas dostrzegają jeszcze, jak Żelazny Liszy ściera się z obudzoną spod ognia Morza Śmierci samą Śmiercią…

To sen był. Wszystkim nam się śnił jednocześnie w drugą noc po przejęciu obozu z rąk Iquo. Także Cerenowi, który przywitał nas w namiocie w obozie z samego rana, razem z Kahiwą. Wytłumaczył nam, co jest grane.

A grane jest: to, co znajduje się pod ziemią, to nie jest żaden Kaer, tylko grobowiec niejakiego Connachta. Nie zanotowałem wszystkich szczegółów, ale generalnie przed Pogromem Connacht był gościem z królestwa Landis, który miał na pieńku z rodem Deinarastów z Iopos. Chciał ich zmieść z powierzchni ziemi, więc stworzył armię kamiennych wojowników i smoka Vestrivana, ale nadszedł Pogrom i zamiast rozpierduchy na północy, Connacht zamknął się w swoim grobowcu ze swoją armią. I ten grobowiec został właśnie odnaleziony przez Zaala, właśnie tu, gdzie jesteśmy.

Tyle o przeszłości, a teraz o przyszłości: to, co nam się przyśniło, to możliwa wizja przyszłości. Żelazny Liszy to prawdopodobnie coś, co może wyjść z tego grobowca, co Zaal przyszedł uwolnić, żeby odwrócić uwagę od najazdu Theran (tak podejrzewamy). I pewnie musimy go powstrzymać.

Część I: Having been some days in preperation…2

W gościnnej roli pierwszej części wystąpi przed Państwem sam Zigra Czteroręki, Krasnolud w seksownym szlafroczku z sąsiedniej kampanii! Zigra jest zbrojmistrzem/elementalistą, który odpicował nam wszystkim bryki ekwipunek: mnie ulepszył korbacz i rzucił okiem na tarczę, Horlice naostrzył mieczyk, a Kahiwie zmutował karwasze z puklerzami. Kupił też ode mnie resztki zbroi z esencją ziemi i chyba mnie przy tym mocno ochujał.

Przygotowania trwały około tygodnia, podczas którego Horilka parzyła ziółka przeciw jadowi ghuli (bo tam ghule będą) i leczyła rany, wszyscy podnosili talanta różnorakie i generalnie gotowali się do akcji.

Aż przyszedł dzień, ten dzień, kiedy wszyscy ruszyliśmy na dół. A z nami Likios, który koniecznie chciał odnaleźć brata. Ceren na powierzchni namalował pentagramy i inne magiczne symbole (szatan się nim interesuje!) i powiedział, że nas sprowadzi, jak będzie źle…

Część II: …a splendid time is guaranteed for all…2

Na dole przywitała nas (“cześć, chłopaki!”) wielka jaskinia z wielkimi drzwiami, zamkniętymi wielką belką z wielką kłódką. Horilka zabrała się za gmyranie przy rozporku zamku, a my pilnowaliśmy tyłów, bo zaraz zainteresował się nami Szatan ghule się zainteresowały. Walka była wielce interesująca, zwłaszcza dla mnie, który położyłem bezproblemowo cztery ghule, byłem otoczony przez nich niejednokrotnie, a nie odniosłem ani draśnięcia (FLAWLESS VICTORY!). Fallowin spalił żywcem dwóch, Seishin nie miał szczęścia do trafień, a Likios płakał pod ścianą. Wreszcie weszliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi.

Tam spotkaliśmy Kikiosa i wspólnie ruszyliśmy w głąb. Trochu nie mieliśmy wyjścia, bo ghule bramę sforsowały i deptały nam po piętach. Drasnęły mnie i przytruły ghulim jadem, ale gnaliśmy dalej. Dotarliśmy do mostu jak w Khazad-Dum, prowadzącego do wysokiej wieży. Na moście Kikios prawie spadł w przepaść (uratowali go Fallowin i Seishin), a potem Fallowin stracił przytomność. Seishin i Kahiwa osłaniali tyły, bohatersko zrzucając ghule do przepaści, gdy drzwi wieży się rozwarły i do środka wpuścił nas Elvio.

Fallowin: Ile muszę rzucić?
MG: Osiem… Znaczyy, nie powiem ci!
Fallowin wyrzucił 8.

Zatrzasnął wejście na wszystkie kłódki, kraty i belki jakie znalazł, przywitał nas grzecznie (“Nie powinniście byli tu przychodzić.”) i powiedział, że Zaal jest na górze i wszyscy zginiemy. Wuss. Poszliśmy więc do Zaala po krętych schodach wieży, mijając po drodze zamknięte drzwi z na wpół oszalałymi/zdeformowanymi theranami i łupieżcami.

A na górze Zaal przygotował sobie całkiem przytulne gniazdko, z herbatką i czaszkami grającymi jakąś nudną muzykę. Jedyne, co psuło nastrój, to podest na środku, na nim błyszcząca zbroja i podwójna włócznia, wyglądają znajomo… Dostępu do skarbów bronią obracające się we wszystkich płaszczyznach pierścienie, wirujące niesłychanie szybko. Zaal zaczął nam opowiadać głodne kawałki, jak to pod Morzem Śmierci uwięziona jest sama Śmierć, która niedługo się przebudzi i policzy się ze wszystkimi, którzy łamali jej prawa (np. ksenomantami, popatrz, popatrz) i to się na pewno zdarzy w ciągu dziesięciu lat. Jedyne wyjście, żeby może ewentualnie spróbować ją przebłagać, to obudzić ją wcześniej osobiście. A zrobić to można wyrzynając tysiące Barsawian (albo kogokolwiek, ale akurat ci się napatoczyli, bo mają pecha mieszkać w okolicy), do czego posłużyć ma armia kamiennych wojowników, których można znaleźć w tymże grobowcu (widzieliśmy ich na dnie wąwozu, nad którym prowadził most). A armią można sterować za pomocą włóczni, która znajduje się na podeście.

Próbowaliśmy Zaala przekonać, że pierdoli od rzeczy, ale nie było na to szans. Próbowaliśmy też przekonać Elvio, żeby nam pomógł go powstrzymać, ale nawet wizja potwornych deformacji w (potencjalnej) przyszłości nie podziałała. Pozostał nam podstęp – niby będziemy uczestniczyć w rytuale Zaala, który ma na celu zatrzymanie pierścieni na tyle, by wydobyć artefakty, ale w dogodnej chwili Kahiwa mu przypieprzy, a ja przechwycę gadżety.

Część III: …and tonight Mr. Zaal is topping the bill!2

Startujemy. Rytuał polegać miał na zabiciu schwytanych, wpół oszalałych niewolników. Uczynili to wszyscy prócz Kahiwy, który zamiast tego przygrzał w plecy Zaalowi i posłał go na pierścienie. Niestety, w przechwyceniu zabawek ubiegł mnie Fallowin, który coś jakoś najłatwiej ze wszystkich dał się przekonać bredzeniu Zaala… Złapał zabawki, a wtedy… All hell broke loose…

"Congratulations, you just created an Eldritch Abomination. Now just wait until you try to fix your mistake."

Kruk (a, zapomniałem, tam kruk był. Latał sobie tam i z powrotem i sprawiał wrażenie zadziwiająco rezolutnego.) zamienił się w czarny dym i zaczął wypełniać zbroję. Ja wyrwałem Fallowinowi włócznię, ale ona wyrwała się mnie (zadając w chuj obrażeń). Fallowin został przejęty przez Lisza, ogołocony ze skóry i mięsa, i odziany w zbroję, która szybko z błyszczącej zrobiła się czarna. Urosła też na trzy metry i posłała falę uderzeniową, która zniszczyła kopułę na szczycie wieży, zabiła Zaala i praktycznie zanihilowała braci z Thery. Elvio schował twarz w dłonie i już tak pozostał.

A my próbowaliśmy sił przeciw Liszemu, ale nie było to łatwe. Jedyny Kahiwa zadał mu jakiekolwiek szczątkowe obrażenia, ale i tak nad wszystkich pochwycił, powiedział, że nie mamy szans i jesteśmy cienkie Bolki, i rzucił nas na pożarcie ożywionym już kamiennym wojownikom. Ci zamachnęli się na nas, ale w ostatniej chwili zostaliśmy magicznie wyrwani…

Na powierzchni piekło. Therańscy żołnierze napierdalają się z ghulami, którzy masowo emigrują z podziemi. Ceren, widząc nas pokiereszowanych i mocno nadwerężonych, gdy usłyszał, że Liszy został uwolniony, natychmiast zaczął teleportować nas gdzieś, gdzie moglibyśmy o tym wszystkim opowiedzieć komu trzeba. Niestety, w trakcie rytuału pojawił się znany nam już kruk, który tym razem zamienił się w smoka Vestriviana, który zeżarł Cerena w pół słowa. Tym samym rytuał został jakoś spieprzony i przeniósł nas zupełnie gdzie (i prawdopodobnie też kiedy) indziej, niż planowano…3

 

…skakaliśmy z miejsca na miejsce, widzieliśmy horrory pożerające i plugawiące puszcze i lasy…

 

… aż wreszcie wylądowaliśmy w… limbo jakimś. Dookoła czarna pustka. Wstaliśmy (cali i zdrowi nagle) i ruszyliśmy w kierunku wycinka rzeczywistości, przedstawiającego brzeg morza. Wyszliśmy na plaży nad morzem Aras. Teraz trzeba się tylko dowiedzieć, gdzie (i kiedy) jesteśmy…

Walking on foreign ground like a shadow
Roaming in far off territory
Over your shoulder stories unfold
You’re searching for sanctuary…


1 when did things go so wrong?

2 http://www.youtube.com/watch?v=vCiG7xoEb2Y

3 zupełnie jak Gordon Freeman i Alyx Vance

View
Świadkowie Przebudzenia
"Walking on foreing ground like a shadow, roaming in far off territory..."

I. Some Are Tricks Of The Light, You’ll Never Know, Make A Flickering Midnight Light Into A Glow 1

Jest stateczek, jest cywilizacja.

Stateczek na tym morzu, nad którym wylądowaliśmy po nie wiadomo jak długim pobycie w limbo. Wiecie, po tym, jak Ceren został zeżarty przez Vestrivana w połowie zaklęcia teleportującego. Wiecie, po tym, jak już Fallowin zamienił się w Żelaznego Lisza, zdezintegrował therańskich braci Likiosa i Kikiosa oraz ksenomantę Zaala, a Taleańczyka Elvio przysmażył. Wiecie, po tym, jak ja z resztą drużyny (tylko Kahiwa się nie poddał) poderżnęliśmy gardła kilku niewolnikom. Wiecie, po tym, jak dotarliśmy i zeszliśmy do grobowca Connachta… Nie wiemy, ile czasu spędziliśmy w tym limbo. Nie wiemy nawet, w którą stronę czas tam płynął, bo widzieliśmy, jak Horrory plugawią Barsawię, a przecież to już było… albo będzie… Trafiliśmy do tej czarnej pustki poranieni i ledwo żywi, ale jakoś nasze obrażenia zniknęły. Razem z nimi niektóre nasze umiejętności i talenty, ale wzamian pojawiły się inne. Nasz wzorzec nieco się zmienił. A potem otworzyło się przejście na tą plażę nad morzem, które Kahiwa zidentyfikował jako Morze Aras (na południowym wschodzie Barsawii). Wiedzieliśmy więc gdzie, ale nadal nie wiedzieliśmy, kiedy jesteśmy. Ale w oddali zobaczyliśmy żagle. Jest stateczek, jest cywilizacja. Tyle dobrze.

W miejscu, z którego wyszliśmy (czy też – weszliśmy) w powietrzu wisiał niewielki, postrzępiony czarny punkcik. Podczas, gdy go badaliśmy, Szkatułka Kyprosa w plecaku Horilki dała o sobie znać. Była zamarznięta, więc trudno było ją otworzyć, ale gdy już się udało, we wnętrzu ujrzeliśmy… pustkę. Ale nie taką, jak w Limbo. Ujrzeliśmy czerń, a w niej – kilka czerwonych punktów. Gdy im się przyglądaliśmy, przybywało ich coraz więcej i wreszcie na nas spłynęło – patrzymy na Barsawię z bardzo wysoka, a te punkty – to płonące miasta… Jednak za chwilę mieliśmy się dowiedzieć, że ten problem, choć niby na wyciągnięcie ręki, jest jednak od nas bardzo odległy, i to nie w przestrzeni.

II. Over Your Shoulder Stories Unfold, You’re Searching For Sanctuary… 1

Usłyszeliśmy bowiem głosy, trzy, przekomarzające się i przegadujące. Nadchodziły zza nadmorskiej wydmy i ewidentnie się do nas zbliżały. Poczekaliśmy na ich właścicieli.

“Czy to oni?”, spytał dziki z wyglądu ork, prowadzący lwa o złotych oczach. “A kto inny?”, odpowiedział starzy mężczyzna w bardzo bogatej szacie. “Czy on nie…”, zaczął obsydianin w [jak się ten turban nazywa?], ale człowiek przerwał mu: “Ciii.”

Cała trójka – orkowy władca zwierząt Skarth, ludzki czarodziej Triann Prosperi i obsydiański wojownik Ryuth – przyszła w to miejsce w tym czasie, spodziewając się zastać dokładnie nas. Wiedzieli o naszym pojawieniu się, bo “wyczuł to gad”, a dokładnie Rosper, smokowiec, przywódca czyścicieli z Żywogłazu nieopodal. Tak się składa, że z tego dokładnie Żywogłazu pochodzi nasz towarzysz Kahiwa.

III. Does Anybody Think We Live In Paradise? 1

Zabrali nas więc ze sobą, bo Rosper chciał zadać nam parę pytań, a czyściciele obiecali, że na kilka też odpowie. Po drodze napotkaliśmy rodzinę żywotrupów, z którymi potyczka była długa i siermiężna (ale bez specjalnych niebezpieczeństw), a Czyściciele z Kahiwą dobili znajdującego się nieopodal Horrora Kreescrę.

Po walce:
Sucrus (z pazurem żywotrupa wystającym z ciała, do Trianna) : Hej, bo ja już miałem niemiłe przejścia z ghulami – czy coś mi grozi od takiego pazura?
Skarth (wyjmując pazur z ciała Sucrusa) : Nie bądź cipa.

Wieczorem mieliśmy bibę z alkoholem i przyśpiewkami. Horilka podrywała Trianna, ale ten jej powiedział, że ma żonę, więc sorry. Następnego dnia miał kaca (bynajmniej nie moralnego) i całą drogę marudził.

Sucrus: Nie bądź cipa.

A, w międzyczasie dowiedzieliśmy się, że cofnęliśmy się w czasie 87 lat. Mamy rok 1420, bramy Throalu otworzyły się jakiś rok czy dwa wcześniej, pogrom dopiero się skończył. Taki szczegół.

IV. Talk About Your Life, I’d Like To Know, It’s Not Easy Going Where No-One Goes… 1

Trzeciego dnia podróży dotarliśmy na miejsce. Żywogłaz wyglądał trochę jak mała wioska, która – czego się dowiedzieliśmy – przygarnia różnych przybłędów, jak np. Garthlika, który właśnie stracił Jedno Oko, albo trolla Uta, banitę z amputowanymi rogami.

Poznaliśmy Rospera – roztrzepany rudzielec (w ludzkiej formie) z ADHD, któremu ciężko było objąć rozumem, że przybywamy z przyszłości. Zainteresowany był głównie Vestrivanem (z którym łączy go jakaś smutna historia rodzinna) i tym, jak nam się udało przeżyć spotkanie z nim (określenia takie jak “kupa fuksa” też są dla niego nad wyraz nieogarnialne). Powiedział, żebyśmy spisali naszą historię, jak doszło do spotkania z czarnym smokiem, a on da nam za to kasę i znajdzie trenerów na wyższe kręgi. Horlikę wytrenował Garthlik, mnie – Ut, Kahiwę – któryś ze Starszych obsydian, Ovalos albo Půhastama, a Seishina przyjechała trenować jakaś irytująca, wyniosła, bogata baba.

V. Crystal Gazing, Crystal Gazing, Whatcha Gonna Find In Crystal Gazing? 1

Pomieszkaliśmy tam sobie z półtora miesiąca, aż wreszcie Czyściciele zabrali nas do jednego z lasów, który oczyszczali z Horrorów. Tam opowiedzieli nam o pewnym elfie, który przybył nas szukać. Nazywał się Elvio (a ja mu poprzysiągłem… no, nie zemstę, tylko po prostu, że go zajebię, jak go spotkam, więc się ucieszyłem) i zapisał swoje wspomnienia w krysztale pamięci. Obejrzeliśmy go i zobaczyliśmy, jak Taleańczyk wyłazi z limbo w tym samym miejscu na plaży, co my, potem jak odnajduje obsydian w lesie, a ci go przygarniają i opatrują. Potem widzieliśmy, jak na jego rękach pojawiły się dziwne łuski, jak uciekł obsydianom, a potem napuścił na nich stwory zwane szczękaczami. A potem uciekł gdzieś na zachód.

Po krótkim starciu z tymi jebanymi szczękaczami, które chyba prawie całe składają się z zębów (którymi mnie srogo poturbowały) ruszyliśmy w pościg za Elviem. Skarth i jego Kicia do nas dołączyli.

VI. Somebody’s Out To Get You! Hiding In Shadows – Poison Arrows… 1

Dogoniliśmy go mniej więcej następnego dnia, w opustoszałej (czytaj: wymordowanej) wiosce. Czekał tam na nas z trzema ogarami piekielnymi. Nie owijając w bawełnę wymieniliśmy się uprzejmościami (Sucrus: “Zginiesz, chuju”, czy coś w ten deseń) i jęliśmy się lać.

Elvio skakał po dachach chałup i rzucał w nas łajnobombami. My skakaliśmy za nim i po tym, jak zarąbaliśmy jednego ogara, a Skarth przegonił pozostałe, całe siły skupiliśmy na Taleańczyku, zwłaszcza, że nas rozeźlił podrzynając gardło Horilce. Seishin go pięknie Sprowokował, ja na niego Okrzyknąłem Bojowo, czym go mocno osłabiliśmy, więc dostawał od nas łupnia coraz bardziej. W jednym momencie, na jednym z dachów, osaczyliśmy go: ja z przodu, Kicia z tyłu, a z poziomu gruntu dosięgały go ciosy maczugą Kahiwy. Mocno już osłabiony Elvio próbował się stoczyć na ziemię i zwiać, ale nie całkiem mu się to udało, i właśnie na ziemi, u stóp potężnego Kahiwy, dosięgnął elfa ostateczny, potężny (29 na obrażenia z przebiciem!) cios korbacza Sucrusa przy akompaniamencie bojowego okrzyku “LEŻEĆ, KURRRRRWA!”, który posłał go poza próg życia (choć amulet przywrócił go w okolice progu przytomności).

Byłem mocno usatysfakcjonowany.

VII. Saved By A Bell, Suffering Hell, And You Made It Through So Well 1

Z daleka nadleciał Rosper w formie smoczej (Skarth posłał po niego małego ptaszka, czaktę), ale Horilce nie mógł pomóc. Mieliśmy wciąż jednak kilka godzin, a niedaleko nas jest Travar, więc smokowiec kazał nam gnać tam i odszukać Omasu, on nam pomoże. Zabrał nieprzytomnego Elvia w szpony i odleciał na wschód.

Kahiwa zabrał Horilkę na swoje kamienne ramiona i ruszył biegiem. My, z ładunkiem skarbów zebranych z Elvia, ruszyliśmy za nim…


1 Wszystkie śródtytuły pochodzą z tekstów piosenek Mike’a Oldfielda z płyty “Discovery”, którą odkryłem (nomen omen) niedługo przed naszą sesją, i która mi się z nią niezwykle kojarzy.

View
Przestworza w Płomieniach
"Smoke on the water, fire in the sky..."

…dobiegamy do zamkniętych na noc bram Travaru, który właśnie był świadkiem powietrznej bitwy, w której zionące ogniem Rakkeny posłały płonący powietrzny drakkar w ziemię. Kahiwa na rękach niesie martwego członka naszej drużyny, którego zamierzamy przywrócić do życia, jeśli tylko w całym tym zgiełku uda nam się znaleźć pomoc…

Część I: Save the Friend!

Travarcrashsite

No, ale po kolei1: biegniemy. Kahiwa przez ramię ma przewieszoną Horilkę ciętą przez gardło przez tego buca Elvia (oberwał od nas za to solidnie). Bieżymy do Travaru, w którym Rosper kazał nam poszukać Omasu – on nam pomoże. Jest noc. Z daleka widzimy miasto, ale właśnie, gdy je dostrzegamy, widzimy, jak wpada do niego płonący drakkar. Już podejrzewamy, że nasze poszukiwania będą mocno utrudnione przez płonące budynki i ganiających po ulicach w panice mieszkańców. Nie pomyśleliśmy jednak o pierwszej przeszkodzie, na jaką natrafiliśmy: zamknięte na noc bramy miasta. Trollowi strażnicy wpuścili nas dopiero po pozostawieniu Kici i całej naszej broni oraz po podpisaniu jakichś pieprzonych papierków. Miło wiedzieć, że nawet w obliczu płonących statków spadających z nieba i chłonących miasto pożarów urzędnicy nie zapominają o biurokracji…

W mieście biegliśmy w mniej więcej właściwym kierunku, wskazanym przez strażników. Ale, czego można się było spodziewać, między nami a biurem Omasu, który jest właścicielem Biura Transportu Naziemnego, był płonący wrak drakkaru i budynki naokoło, które się od niego zajęły. Oraz, oczywiście, tłum mieszkańców, który mocno utrudniał nam poruszanie, żądając od nas pomocy. Ja uratowałem jakieś dzieciaki, zwisające z okna płonącego budynku, a chłopaki zostali zagonieni do kopania rowu i wydobywania ciał z drakkaru – wydobyli jednego martwego, narzeczonego sympatycznej uzdrowicielki Kaisy, oraz drugiego, ledwo żywego elfa – Skarth i Seishin epicko wynieśli ich z płonącego wraku, nawet się nie oglądając. Pognali z nimi za Kaisą do świątyni Garlen, gdzie obiecali pomóc Horilce. Po drodze Kahiwa epicko podniósł zawaloną ścianę budynku tak, by wszyscy mogli pod nią przejść.

Ja tymczasem, odłączony od drużyny, biegłem dalej. Jakiś krasnal błagał mnie, żebym pomógł uratować jego pracownię alchemiczną. Mnie w głowie zaświtało, że skoro pracownia, to mogą tam mieć eliksiry wskrzeszania, więc wbiegłem w ogień. Chwyciłem eliksir, a następnie epicko wyskoczyłem przez okno, ścigany potężną eksplozją.

Dostrzegłem Kahiwę, wciąż trzymającego budynek. Prześlizgnąłem się pod nim i pognałem do świątyni, gdzie wlałem Horilce eliksir w gardło. Udało się. Przywitaliśmy ją w świecie żywych.

Część II: Join the Team!

Drimsbi2

Za pomoc miastu generalnie mamy szacun na dzielni. It’s good to be a hero!2 Krasnolud z wcześniej, Drimsbi, chciał z nami pogadać i wzerbować nas do Słonecznego Podniebnego Patrolu – ochrony przychodzących i wychodzących powietrznych statków handlowych przed rakkenami. Umówiliśmy się na rozmowę rekrutacyjną następnego dnia, a tymczasem potowarzyszyliśmy Horilce, a potem poszliśmy spać do zajazdu o wdzięcznej nazwie Wulgarna Małpa (jak się dowiedziałem od sympatycznego karczmarza – to na cześć jego zmarłej małżonki).

Następnego dnia, po porannych zakupach i wizycie w zbrojowni t’skranga Uglana, udaliśmy się do portu, gdzie zaczepił mnie jakiś wariat, któremu ponoć ukradliśmy pomarańcze. Zadrwiłem sobie z niego, a ten idiota nazwał mnie łowcą niewolników, za co ode mnie oberwał w czerep (co anulowało mój szacun na dzielni i zniżkę w przybytkach różnorakich. Sucks.) Drimsbi opowiedział nam o rakkenach, przynajmniej do czasu, aż Kahiwa miał zajebisty wynik w rzucie na wiedzę o Horrorach i zaczął opowiadać nam i Drimsbiemu, czym to one są tak naprawdę. Krótko: rakkeny to takie ziejące ogniem z licznych otworów ciała odrzutowe konstrukty horrora, które przylatują z nieodległej dżungli i atakują przylatujące do i z Travaru statki handlowe Juliaka Merrisa. Patrol Podniebny, który dysponuje w tej chwili już tylko trzema drakkarami (było pięć, ale jeden rozbił się jakiś czas temu w dżungli, a drugi wczoraj w mieście), odprowadza i przyprowadza te statki, ale z rakkenami ma szanse niewielkie (jak wyjaśnił Kahiwa – bo są one bardzo mało wrażliwe na broń niemagiczną). Zaciągnęliśmy się, ale na prośbę o magiczną broń zostaliśmy odesłani do tych przy kasie – Merrisa albo Omasu.

Poszliśmy więc do tego ostatniego, który jest obsydianinem i braciszkiem z żywogłazu Kahiwy. Przekazał nam list od Rospera, który mówi, że musimy pogadać z nim o naszym pochodzeniu (że Thera niby) przy najbliższej okazji, że posyła do nas Garthlika i Uta z prezentem (dotrą za jakieś 2-3 tygodnie) oraz że mamy sobie załatwić statek powietrzny i polecieć w góry Scytyjskie (jakiś tydzień drogi na północ).

Sam Omasu natomiast prowadzi jakąś dziwną polityczną gierkę z Merrikiem, który jest jego konkurentem w branży transportowej i którego problemy z rakkenami są obsydiańskiemu handlarzowi bardzo na rękę. Poza tym, jeśli dobrze zrozumiałem, obaj dzielą udziały w jakiejś kopalni, na którą Omasu zaciera swoje kamienne łapki. Więc po finansową pomoc odsyła nas do Merrika.

Idziemy więc do niego, bajerujemy sekretarkę żeby nas wpuściła na wielce wypasiony taras jeszcze bardziej wypasionej siedziby Juliaka. Ten, rzecz jasna, też nie chce Patrolowi dać funduszy (“To was jebany obowiązek!”) i generalnie zdaje się, że spisał już swój biznes handlowy na straty. Wytargowaliśmy od niego tylko nagrodę za każdego ubitego rakkena, ale – rzecz jasna – dopiero post factum.

Chuj z nim. Żyjemy sobie, szkolimy talenty, rozpracowujemy nasze magiczne itemki, zaznajamiamy się z kolegami z patrolu – długowłosym człowiekiem Karlem i orkiem z bogatej rodziny Yorlkiem – z którymi bawię się w jakieś śmieszne skoki na bungee (staram się pobić rekord Karla), latamy na patrole, które nie owocują żadnymi wartymi wspomnienia wydarzeniami. Jednego dnia polecieliśmy sobie Leśnym Lotnikiem (jeden z drakkarów Patrolu) do dżungli (ja za sterem :) zobaczyć, co stało się z innym drakkarem Patrolu. Wróciliśmy stamtąd z jeszcze żywym t’skrangiem Slilithem.

Część III: Jump the Ship!

Rakken attack

Trzeciego dnia pobytu w Travarze zostaliśmy wezwani wczesną nocą do patrolowej roboty – przyprowadzenia spóźnionego statku Obsydianowy Żeglarz. Wylecieliśmy po niego i, zgodnie z przewidywaniami, dopadły nas rakkeny. Rzuciły się palić olinowanie Żeglarza i niszczyć jego ster (o sterniku nie wspominając). Zaatakowały też nasz drakkar. Przeskakiwaliśmy tam i spowrotem między Leśnym a Obsydianowym (Horilka spadła, wyskoczył na nią i złapał ją Skarth, i tak sobie wisieli na linie), próbowaliśmy zadać rakkenom jakiekolwiek obrażenia (chyba tylko Kahiwie się cokolwiek udało), a ja złapałem za stery Żeglarza, próbując go sprowadzić jak najbezpieczniej na ziemię i najchętniej nie rozpieprzając połowy miasta. Karl podobnie próbował z Leśnym Lotnikiem. Udało się psim swędem – wykręciłem i osadziłem statek przed murami, nie tracąc ładunku ani ludzi (nie licząc tych zjedzonych przez rakkeny), czym zaskarbiłem sobie wdzięczność i szacun Trolma, kapitana statku. Karl uratował się z Leśnego Lotnika, ale sam drakkar, cały w płomieniach, był nie do odratowania.

Tylko biedny Skarth urwał się z liny, na której wisiał – próbował uratować Kicię, która została strącona przez rakkena (Horilka już przeskoczyła na pokład statku) i udało mu się to – Kicia, z pogruchotanymi kośćmi, przeżyła. Jej pan nie miał tyle szczęścia – mocno gruchnął o ziemię. I tak…

…dobiegamy do zamkniętych na noc bram Travaru, który właśnie był świadkiem powietrznej bitwy, w której zionące ogniem Rakkeny posłały płonący powietrzny drakkar w ziemię. Kahiwa na rękach niesie martwego członka naszej drużyny, którego zamierzamy przywrócić do życia, jeśli tylko w całym tym zgiełku uda nam się znaleźć pomoc…


1 Jak indianie podłożyli dynamit pod tory, to było po kolei.

2 Bezczelna reklama: Dla tych, którzy chcieliby się poczuć bohaterami także w życiu realnym, pozaerpegowym, polecam tegoroczną edycję akcji Szlachetna Paczka :)

View
Kogo Tyka Polityka
"Should five percent appear to small, be thankful I don't take it all"

Będzie krótko, bo to dawno było, niewiele pamiętam, far-fa-raj-raj.

Tekst wieczoru:
Błażej: “Jacku, struś to nie jest cukier.”
Jacek: “Nie bądź cipa.”

Czego się dowiedzieliśmy:

  • Kaisa (uzdrowicielka ze świątyni, czarodziejka, 1 lewel) jest siostrzenicą Szalonego Martina (tego od ziemniaków czy marchewek). A on był czarodziejem, ale się babrał z surową magią i naznaczył go horror.
  • Służący Trianna, Broko, nie ma języka, ale potrafi wypić.
  • W mieście odbywa się Turniej Magistratu (za jakiś miesiąc). Każdy kandydat na miejsce w radzie wystawia ekipę. Będą różne zadania i zagadki.
  • Triam wystawia ekipę pod kierownictwem Z’chany Vil – T’skrangijskiej Tancerki Ogona z Barsawii. W jej ekipie jest złodziejka/iluzjonistka Kriana, łucznik Ergol, elementalista Hasturbrylnar oraz – uwaga! – fechtmistrze Elvio Erminio Hirsch-Cavalieri di Talea (wygląda jak postać z JRPGa) oraz Seishinz Kitaju (w daszkowym słomianym kapeluszu). WTF??? Spotkaliśmy ich jak pomogli biedaczce w porcie.
  • Swoją ekipę wystawia też Brelnar, ale nic o niej nie wiemy, oraz Galnear.
  • Juliak Merris szuka ekipy.

Do czego się zobowiązaliśmy:

Drimsbi: “Sytuacja się zmieniła.” Dostał list poniższej treści:

Scan0003

Sucrus: My się znamy na horrorach. Powiem drużynie, wyjebiemy tego horrora."
Drimsbi: .. (krępująca cisza) … Dziękuję.

Tylko potrzebujemy statku, żeby tam wyruszyć. Jest jeden fajny, nazywa się Chmurościgły, ale jest dzielony. Brelnar ma 26% udziałów, Galnear ma 30%, Triam 7%, Omasu 10% i Juliak Merris – 27%. Potrzebujemy połowy, żeby móc zabrać statek na wycieczkę w góry, gdzie możemy się na początek zgodzili się Triam i Omasu. Juliaka przekonaliśmy i Galneara też, tylko któremuś z nich przysięgliśmy krwiście, że będziemy jego ekipą w turnieju (tylko komu? Ktoś pamięta?)

Poszliśmy do Złamanego Pałasza zebrać ekipę. Horilka haniebnie schrzaniła odezwę do ludu i udało się zebrać tylko ośmiu kmiotów, którzy jeszcze żądali kasy z góry. Zwerbowaliśmy też innych i tak nasza załoga składa się z:

I tak sobie wyruszyliśmy…

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.